Dylematy początkującego misjonarza

Dylematy początkującego misjonarza

 

Zdecydowanie uważam, że tym tytułem trafiłem w 10-tkę – przynajmniej jeśli chodzi o tych, którym choć raz zaświeciła w głowie żarówka z napisem: misja. Myślałem jeszcze nad opcją Cierpienia młodego misjonarza, ale tu byłoby chyba dość kiepsko z odbiorem – zostałem więc przy „dylematach”. No to do dzieła!

 

Moje powołanie misyjne? A co to?

Uśmiech od ucha do ucha pojawiał się na mojej twarzy, ilekroć ktoś pytał o historię mojego powołania misyjnego. Czułem wtedy, że wypadałoby otworzyć spory tom z sagi zatytułowanej „Historia mojego życia” i przy smacznej herbatce cytować godzinami długie passusy, potwierdzające że misja to coś niezwykłego, nadzwyczajnego, co przytrafia się tylko wybrańcom. No i że ja właśnie oto jestem niby tym… wybrańcem.

Na twarzy osób, z którymi dzieliłem się moją prawdziwą historią, dostrzegałem wyraz pewnego zdziwienia – może rozczarowania – że to takie „zbyt proste”, że aż mało atrakcyjne. Tak, jakby ktoś poszedł sobie do sporo-gwiazdkowej restauracji i czekając na krewetki w bulionie weneckim, dostał na stół wieśmaka z McD. No cóż… Zasadniczy problem polega na tym, że nie zdarza się to. No a tu… właśnie się zdarzyło.

Możecie więc wyobrazić sobie zdziwiony wyraz twarzy, o którym piszę.

Jaka jest więc moja prawdziwa historia?

 

Bycie bratem.

Mniejszym.

Warto zacząć od tego – źródła, któremu wiele zawdzięczam. Od zawsze chciałem być kimś. Taką wartość wpoiła mi moja mama. Tata dodał od siebie: kimś szlachetnym i prawdziwym. Dzięki takiej mieszance, pierwszym moim życiowym punktem odniesienia stały się te dwa kryteria: wartości i prawdy. W naturalny sposób przyciągają mnie więc do siebie osoby, które spełniają te dwa warunki.

Po kilku znaczących rozczarowaniach mojego nastoletniego życia, trafiłem na św. Franciszka z Asyżu. Ten człowiek rzucił mnie na kolana, gdy zobaczyłem jak wiele może reprezentować sobą ktoś, kto przecież nic nie ma i jest w tej swojej wartości niesamowicie prawdziwy. Ktoś na miarę Hioba, którego intencje zostały w maksymalny możliwy sposób przefiltrowane przez życie. I okazał się prawdziwy!

Zacząłem czytać, słuchać – karmić się jego historią i słowami, które zostawił swoim braciom. Jego przykład pociągnął mnie na tyle, że odkryłem w nim swoją tożsamość (czyt. powołanie). Wolność, z jaką służył innym i jaką miał wobec Boga i siebie samego, stała się moją inspiracją – czymś, za czym do tej pory nie mogę nadążyć, a co jest wyryte głęboko w moim sercu. Franciszek udowodnił mi, że bycie mniejszym, to moja tożsamość. Dlaczego? Bo odkrywając to, kim jestem naprawdę i uczciwie do tego podchodząc, jestem naprawdę sobą. Dzięki temu widzę innych, których przestaję potępiać, bo przecież wiem, kim jestem. I w końcu widzę tę potrzebę: bycia mniejszym, tzn. kimś, kto dobrze zna prawdę o sobie i swojej słabości i – właśnie dlatego, że ją poznał – nie opowiada bajek na swój temat. Będąc mniejszym, odkrywam swoje szczęście, które dla reszty świata może być niczym – dla mnie jest wszystkim najlepszym, co kiedykolwiek mogłoby mi się przytrafić.

Ta rzeczywistość jest w mojej głowie jako pierwsza, kiedy myślę o tym, czym jest misja. I z tym też pojechałem do Afryki, ufając że to wystarczy.

Czy wystarcza?

 

Konieczne nawrócenie

Nie będę się silił na wstępy – napiszę od razu: wystarczałoby 😛

Bycie mniejszym pociąga za sobą sporo trudności, przede wszystkim, jeśli chodzi o relacje z innymi. Pycha, zwykła chęć posiadania racji, niechęć do tych którzy żywią niechęć do ciebie… Obecność tych i wielu innych czynników wcale nie ułatwia sprawy. A przecież wszyscy wiemy, że nasze problemy zabieramy ze sobą, gdziekolwiek byśmy nie poszli. Nie byłem tutaj żadnym wyjątkiem. Okazało się, że pomimo 50 kg limitu bagażowego, bez żadnych trudności zabrałem ze sobą wszystkie swoje problemy i zmagania przeciętnego zjadacza chleba. Z tą tylko różnicą, że musiałem się z tym odnaleźć na innym gruncie.

I to właśnie ten „inny grunt” jest tutaj bardzo ciekawą tematem. „Wyrwanie się” ze swojego poukładanego świata i osiedlenie się w nowym, zupełnie innym, daje pewną możliwość do wykorzystania – taki „as z rękawa” w naszej walce duchowej. Nowe środowisko oznacza, że muszę sobie wyrobić jakieś nowe mechanizmy funkcjonowania, bo stare zwyczajnie nie zadziałają. Świetna przestrzeń na nawrócenie!

A bez nawrócenia – jak się okazuje – ani rusz…

 

Afrykańskie dylematy

Zwłaszcza w zderzeniu się z zupełnie inną kulturą, sposobem myślenia. Chyba po raz pierwszy właśnie w Afryce zderzyłem się z tym, że coś co dla Europejczyków jest oczywistą oczywistością, tutaj nie jest wcale jasne. Podam prosty przykład: nie znasz kogoś, ale widzisz, że ten ktoś podchodząc do Ciebie i przedstawiając się szczerze się uśmiecha. W naszej kulturze czymś naturalnym jest dokładne odwzajemnienie takiego samego gestu. A jeśli kogoś nie znamy, to tym bardziej. Najwyraźniej widać to na jakichś zawodowych spotkaniach. Jeśli kogoś nie znamy, to nie prezentujemy mu za jednym zamachem wszystkiego, co aktualnie przeżywamy, ale robimy po prostu dobrą minę (czasem – to prawda – do złej gry). A co na to Afryka? No cóż… Jak ktoś nie ma humoru, to można śmiało liczyć się z tym, że mu go nagle nie przybędzie. Wcale nie będzie się czuł jakoś zobligowany do odwzajemnienia naszych gestów (są oczywiście tego dobre i złe strony, ale to nie ten temat…)

Takich budzących nasze zdziwienie kwestii jest całe mnóstwo i dotyczą naprawdę wielu różnych dziedzin życia: począwszy od najbardziej intymnych (tj. rodzina, wiara, przyjaźń, okazywanie emocji, hierarchia wartości), a na najbardziej ogólnospołecznych skończywszy (edukacja, polityka, opieka medyczna, finanse, ubezpieczenia, itd.)

Są zaskoczenia pozytywne, gdzie okazuje się, że można mieć czas na rozmowę, przyjaźń, rodzinę. Są też i bardzo trudne. W tym temacie dość na świeżo… Jakiś czas temu do naszego klasztoru przyszła kilkuletnia dziewczynka, która cały dzień spędziła przy naszym kościele i nie chciała za nic wrócić do domu. Była głodna i nie za bardzo chciała rozmawiać. Okazało się, że jej matka wyrzuciła ją z domu, bo nie mogła jej wyżywić. Co zrobiliśmy? Oczywiście – nakarmiliśmy, zawiadomiliśmy kogo trzeba i dziecko wróciło do domu. Ku mojemu naprawdę sporemu zdziwieniu policja poprosiła o pieniądze na paliwo, żeby dojechać na miejsce…

A jeśli chodzi o towarzyszące tego typu wydarzeniom dylematy, to cóż… Zastanawiasz się, czy twoja pomoc coś da, czy jest w stanie coś zmienić – otworzyć serce drugiego człowieka, czy rzeczywiście odpowiada potrzebom tych, którzy o nią proszą. Dać kasę policjantowi, wspierając korupcję w kraju, czy patrzeć na nieszczęśliwe dziecko? Co wybrać? Jaki rodzaj pomocy okaże się najlepszy?

No i dalej w temacie powołania misyjnego… Być mniejszym od tych małych. Czy możliwe? Serce mówi, że jak najbardziej, rozum – każe myśleć, szukać środków.

W każdym razie jedno widzę w bardzo jasnym świetle i tu nie mam dylematów: bez nawrócenia, otwarcia serca i prawdziwego zrozumienia drugiego człowieka, bez bycia mniejszym, misja jest niemożliwa. Nie tylko misja – Afryka. Każda misja.

Br. Kamil Sochacki OFMCap

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *