ROZMOWA Z BR. KAMILEM S. O TYM CO WAŻNE W ŻYCIU MISYJNYM

W tym czasie Kościół obchodzi 175-lecia posługi w Gabonie. Jakie są ślady pracy misyjnej w tym kraju?

Kiedy uformowała się misja kapucynów?

Jeśli chodzi o przestrzeń do pracy misyjnej, to pomimo 175 lat istnienia Kościoła w Gabonie, jest ona ogromna. Misjonarze, którzy rozpoczynali swoją pracę w Gabonie, głosili Ewangelię do prostej, ubogiej pod wieloma względami ludności. Efektem tego rodzaju pracy są liczne kaplice, z których wiele zostało przekształcone w kościoły. Gromadzą się tam na modlitwę i Eucharystię okoliczni mieszkańcy.
Ogromną wartość ma w tym kontekście katecheza, która pozwala pogłębić wiarę. Właśnie wokół katechezy koncentruje się nasza praca.
Kościołowi Katolickiemu i Jego misjonarzom Gabon zawdzięcza szkoły i rozwój edukacji, kolegia, bursy dla młodzieży, przychodnie, szpitale oraz wiele innych dzieł, których początki związane są z misjami.
Misjonarz w dalszym ciągu jest po trochu wszystkim: ojcem, żywicielem, poszukującym pracy dla potrzebujących, nauczycielem, czasem lekarzem, mechanikiem samochodowym, budowniczym, konstruktorem, kierowcą. Bazą tych aktywności jest nasze świadectwo życia. To, co robimy i mówimy, zawsze jest weryfikowane przez to jak żyjemy. Kryterium tej weryfikacji jest Ewangelia – albo usłyszana od Chrystusa, albo powtórzona przez Jego wiernych. W 2020 roku, jako wspólnota kapucynów będziemy obchodzić jubileusz 20-lecia naszej obecności i głoszenia Ewangelii w Gabonie. Mamy więc w tym dziele swoją małą cząstkę.

Jak to się stało, że Brat tu trafił – czy był to osobisty wybór?

Jeśli chodzi o wysyłanie braci na dalekie misje, zawsze jest to osobisty wybór. Wiąże się to z wieloma czynnikami. Pierwszym z nich jest wyrażenie gotowości, który – aby był autentyczny – musi być osobisty. W moim przypadku bardzo ciekawa jest natomiast motywacja. Jestem kapucynem i braterstwo jest jednym z fundamentów naszego życia. Nasz przełożony napisał jakiś czas temu list, w którym informował o trudnej sytuacji personalnej braci w Gabonie, prosząc jednocześnie o pomoc braci, którzy są chętni podjąć się bycia misjonarzem w dalekiej Afryce. Stwierdziłem krótko: douczę się trochę języka – tak, aby móc posługiwać sakramentami i swobodnie głosić kazania – i mogę jechać. Moja motywacja nie była więc w stu procentach „misyjna” – była natomiast powodowana pragnieniem pomocy braciom.

Trudne warunki, inna kultura, aczkolwiek dominuje chrześcijaństwo. Co stanowiło, w pierwszych Brata tygodniach pobytu, trudność i czy udało się je pokonać?

Chyba po raz pierwszy właśnie w Afryce zderzyłem się z tym, że coś co dla Europejczyków jest oczywistą oczywistością, tutaj nie jest wcale jasne. Podam prosty przykład: nie znam kogoś, ale wiem, że ten ktoś podchodząc do Ciebie i przedstawiając się szczerze się uśmiecha. W naszej kulturze czymś naturalnym jest dokładne odwzajemnienie takiego samego gestu. A jeśli kogoś nie znamy, to tym bardziej. Najwyraźniej widać to na jakichś zawodowych spotkaniach. Jeśli kogoś nie znamy, to nie prezentujemy mu za jednym zamachem wszystkiego, co aktualnie przeżywamy, ale robimy po prostu dobrą minę (czasem – to prawda – do złej gry). A co na to Afryka? No cóż… Jak ktoś nie ma humoru, to można śmiało liczyć się z tym, że mu go nie przybędzie. Wcale nie będzie się czuł zobligowany do odwzajemnienia naszych gestów (są oczywiście tego dobre i złe strony…)
Takich budzących nasze zdziwienie kwestii jest całe mnóstwo i dotyczą naprawdę wielu różnych dziedzin życia: począwszy od najbardziej intymnych (tj. rodzina, wiara, przyjaźń, okazywanie emocji, hierarchia wartości), a na najbardziej ogólnospołecznych skończywszy (edukacja, polityka, opieka medyczna, finanse, ubezpieczenia, itd.). Są zaskoczenia pozytywne, gdzie okazuje się, że można mieć czas na rozmowę, przyjaźń, rodzinę. Są też i bardzo trudne.
Jakiś czas temu do naszego klasztoru przyszła kilkuletnia dziewczynka, która cały dzień spędziła przy naszym kościele i nie chciała za nic wrócić do domu. Była głodna i nie za bardzo chciała rozmawiać. Okazało się, że jej matka wyrzuciła ją z domu, bo nie mogła jej wyżywić. Co zrobiliśmy? Oczywiście – nakarmiliśmy, zawiadomiliśmy kogo trzeba i dziecko wróciło do domu. Ku mojemu naprawdę sporemu zdziwieniu policja poprosiła o pieniądze na paliwo, żeby dojechać na miejsce…
A jeśli chodzi o towarzyszące tego typu wydarzeniom dylematy, to cóż… Zastanawiasz się, czy twoja pomoc coś da, czy jest w stanie coś zmienić – otworzyć serce drugiego człowieka, czy rzeczywiście odpowiada potrzebom tych, którzy o nią proszą. Dać pieniądze policjantowi, wspierając korupcję w kraju, czy patrzeć na nieszczęśliwe dziecko? Co wybrać? Jaki rodzaj pomocy okaże się najlepszy?
Po doświadczeniu mojej rocznej pracy mogę powiedzieć, że udało mi się „zbadać teren”. Wiem, czego mogę się spodziewać. Wiem też, gdzie ja sam potrzebuję nawrócenia, aby być w pełni otwartym na drugiego człowieka.

Przebywanie we wspólnocie wiernych, nie tylko zakonnej, ale także z innymi osobami, umacnia nas jako chrześcijan. Czym napełniają Brata – w dobrym tego słowa znaczeniu – Gabończycy?

Najważniejszą rzeczą, rzucającą się w oczy każdemu przeciętnemu Europejczykowi, który ma okazję trochę „pomieszkać” w Afryce środkowej, jest inne poczucie czasu. Tutejsi są niemal zawsze spóźnieni, ale pomimo tego rzadko zmęczeni. Nie są mistrzami w planowaniu, nie robią też jakichś wielkich przedsięwzięć na dużą skalę. Słowa, jakimi motywują swój czasowy „poślizg”, wydają nam się być śmieszne – w rzeczywistości jednak komunikują coś bardzo ważnego. Mówią na przykład: „przepraszam, ale… potrzebowałem się wyspać, nie byłem gotowy, musiałem porozmawiać z moim synem” itd. Nas, jako Europejczyków, poddających się łatwo rzeczom i pomysłom, które sami wytworzyliśmy, szokują tego typu argumentacje. Nie potrafimy sobie wyobrazić, jak można być ważniejszym od pracy, którą się wykonuje. Jesteśmy nierzadko zależni od swoich pomysłów i planów, które są dla nas przyczynami wielkich sukcesów – to prawda, ale też i wielkich rozczarowań i kryzysów. Można powiedzieć w dużym skrócie, że osobiście widzę taką zależność: w Europie czas ma mnie, w Afryce – to ja mam czas.

Na czym polega służba tamtejszym braciom i czy młodzi misjonarze mają inne spojrzenie na rozwiązanie problemów? Czego brakuje, co można jeszcze zrobić, jeśli chodzi o pracę duszpasterską?

Młodzi mają to do siebie, że – z jednej strony – mają jak najbardziej nowe spojrzenie, z drugiej jednak – powielają stare błędy. Tendencja starszych wydaje się być odwrotna: mają stare spojrzenie, popełniając nowe błędy. Zarówno jednym, jak i drugim chodzi jednak o rozwój i wzrost duchowy powierzonej nam misji, więc intencja jest jak najbardziej dobra. Co można zrobić i jak służyć – dodajmy: owocnie? Niezbędna jest tu komunikacja – wymiana doświadczeń, która pozwala wspólnie budować zawsze coś nowego, unikając jednocześnie popełniania błędów.
Jeśli chodzi o duszpasterstwo, to wystarczy puścić wodze wyobraźni i zobaczyć: więcej zaangażowania w formację katechistów, idących tam, gdzie misjonarze nie mogą dotrzeć, jeszcze więcej pracy z ubogimi, którzy nie mają jak się odwdzięczyć, więcej szkół w których pracowałaby wykwalifikowana kadra, więcej kościołów, w których głoszona byłaby Ewangelia… 

Zachęta dla tych, którzy wahają się w wyborze powołania. Misjonarz – to doskonały wybór?

Jest to bardzo dobry wybór dla tych, którzy potrzebują nabrać nowego spojrzenia na stare rzeczy; którzy dzieląc się nauką otrzymaną od Chrystusa, chcą skutecznie dzielić się także Jego miłością. Dla takich motywacji nie istnieją bariery, które byłyby niepokonalne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *